piątek, stycznia 19, 2007

Bezsenność....

Na moim zegarze słonecznym(choć faktem jest, iż powinienem nazwać go bardziej księżycowym), widnieje godzina 4 z minutami. Nie sugerujcie się czasem dodania tego listu do gabloty, gdyż jest on uzależniony od mego dostępu do szerokopasmowej rzeki, do której dostępu broni wielki zły i groźny ogr(aż strach pomyśleć, że należy do mej rodziny, adopcja czy co?). Jak już to ująłem na początku w tym momencie jest barbarzyńska godzina, szczególne gdy fakt, iż jest środek przerwy zimowej nie jest nam obcy. Czy ja napisałem zimowej? Może jedynie z nazwy. Za oknem lasy wciąż nie są okryte białym futrem, a temperatura pozwala koniom normalnie załatwiać swoje potrzeby fizjologiczne na dworze. Dzisiejsza noc, jak na tą porę roku była szczególna. W moim długim jak sznur kata życiu, nigdy w styczniu nie widziałem burzy z piorunami, w towarzystwie wiatru dorównującemu swą prędkością wszystkim najszybszym rumakom z mej stajni(220km\h). To przepiękne widowisko pozostawiło coś po sobie do tej pory, gdyż nadal dyma wiatrem.
Ale czas zakończyć tą meteorologiczna paplaninę, gdyż można się komuś narazić, a ja nie lubię spacerować w deszczu.
Wróćmy do czasu. Zapewne nie jest normalnym, że człowiek(nawet taki jak ja) wstaje o godzinie barbarzyńców i co ciekawe nie odczuwa potrzeby dalszego snu. Gdy tylko sięgnę pamięcią w przeszłość pamiętam fakt, iż nigdy niebyła w mej naturze, jako para godzina barbarzyńska wraz z wyspaniem. Muszę dopisać, że to nie jest pierwszy dzień, w którym tak mam. Dzisiejszej nocy spróbuje specyfików nasennych, z wyciągu kwiatów, po które muszę odbyć ciężką i niebezpieczną wyprawę w głąb lasu, bądź nawet odpowiedniej będzie gdy nazwę to miejsce dżunglą. Tą wyprawę mogę przypłacić życiem, lecz sen jest tego wart, bo nie mogę umierać ze zmęczenia w zamku mej Lubej. Łowy czas zacząć, a Wy cieszcie się spokojnym snem...

poniedziałek, stycznia 01, 2007

Pijanego sylwestra...

Stało się, otwarte oczy i myśli sylwestrowo-noworoczne. I mamy pierwszy stycznia 2007r, ale wszystko od początku...
Gdy nastał czas, dnia poprzedniego i na mym słonecznokwantowym zegarze, który jest zapewne
wynalazkiem jakiegoś wielkiego szaleńca z ogromnym darem tworzenia przydatnych i bardzo konkretnych wynalazków, wybiła godzina 1030. Oczy mojej twarzy zmyły płaszcz snu z mego
umysłu i mogłem zacząć nowy dzień jak przystało na średniowiecznego człowieka doby XXI
wieku. Dzień przywitał mnie skromnie swędzeniem w lewym uchu i świergotaniem egzotycznego pawia karłowatego, który był niezwykle okazałym i trafnym prezentem na któreś me święto.
Wstałem z mego łoża nie bez trudów, ale z niezwykłą chęcią przywitania go wiadomością do mej
Lubej. Gdy tylko rozsunąłem zasłony w oknach, dostrzegłem białe pierze na parapecie.
Wiedziałem już, że to wiadomość od Niej, jedynie gołąb pocztowy tak się roztył, że nie
mieści się w specjalnie przygotowanym oknie dla niego i próbował dostać się przez okno
widokowe. Wielkie na 3 metry, a szerokie na 5(co prawda obawiam się, że z pokonaniem takiej
przeszkody jak gabaryty tego okna przy jego własnych mogłoby okazać sie nie do przejścia).
Uchyliłem lekko skrzydło i skierowałem wzrok na ziemię. Leżał tam kwiląc spasiony niczym
słoń ze skrzydłami i pierzem gołąb. Pośpiesznie zbiegłem po schodach i wbiegłem do ogrodu
jeszcze stąpając boso, aby tylko zabrać od niego wiadomość od mej Ukochanej. Niestety
napotkałem nie lada trudności z odwróceniem go na bok, w taki sposób abym mógł bez problemów odebrać list. Już dla mnie było jasne-od dziś przechodzi na dietę, gdyż arcytrudno było go przeturlikać. Jestem pewien, że to nie wywołało u niego oznak szczególnego entuzjazmu gdyż chciał mnie dziobnąć w momęcie, w którym przywiązywałem go do maszyny dźwigowej(Stary rycerz potrafi jeszcze wymyślać przydatne machiny) i przyznam otwarcie, że gdyby nie ta machina nie potrafiłbym odebrać listu od mej Ukochanej.Jako, iż dzień był ponury, a ja jeszcze nieubrany postanowiłem powrócić do izby aby zmienić odzienie i wejść pod szumiący wodospad płynący ze ściany(te luksusy, na które stać tylko osoby zdolne do opłacenia magów czarujących dom). W mojej głowie zrodziła się myśl, iż dziś nie może być zwykły dzień, gdyż na mieczu miałem zawiązany supełek(dziwie się temu zwyczajowi wiązania supełków-co z tego, że go zawiąże jeśli niebęde miał pojęcia o czym mi ma przypomnieć?). Zjadłem sute śniadanie i przez praktycznie połowe dnia zachodziłem w głowe, o czym zapomiałem. Dopiero rozmowa przez zaczarowaną kulę z mą ważniejszą połówką serca dała mi do zrozumienia, że dziś jest pamientny dzień końca roku i trzeba godnie pożegnać ten mijający wiek. Niewiele myśląc
chwyciłem za gołebia pocztowego i napisałem list do władcy sąsiedniej posesji czy nie robi jakiegoś balu z tej okazji. Jego odpowiedź była błyskawiczna(myślę, że to za sprawą sokołów, gdyż moj przyjaciel był właśnie na polowaniu). Okazało się, że urządza bal ale kameralny więc nie ma najmniejszego problemu abym przyszedł. Parobki z wioski będącej w moim posiadaniu zaczeli wcześnie obchodzić to świeto. Brutale, słońce nie przekroczyło lini godziny 18, a w około słychać było wybuchy kolorowych kulek. Piszę, że brutale ponieważ straszyli tym mego dzielnego toważysza Rokiego vel Kudłacz, który mimo wolnie wczołgał się pod powóz i nie miał ochoty spod niego wyjść. Wiele mój powożacy musiał się namęczyć, aby go z tamtąd wyciągnąć i wprowadzić do izby, aby mógł być przy domownikach, co jak miałem nadzieje uspokoji go trochę. Czas biegł nieubłaganie, więc musieliśmy z moim powożącym pospieszyć konie (mechaniczne), które pędziły i tak już dość szybko po krętych gościńcach w ciemnym lesie. Gdy znalazłem się pod domem mej Lubej, dałem jej telepatycznie znak, że może wychodzić, gdyż powóz czeka. Moja Ukochana olśniewająco piękna, stąpała w stronę powozu pełna gracji i elegencji. Wyszedłem przed Nią, aby moc ucałować Ją na powitanie. Jechaliśmy jeszcze szybciej, ale też ostrożniej ze względu na pasażerkę. Po niecałym obrocie klepsydry(ciemność spowiła już ten płaski jak tależ świat, a słońce usneło, efektem czego był brak zasilania dla słonecznokwantowego zegarka recznego), byliśmy już na miejscu. Pewien podwładny mego przyjaciela dostarczył mi informacje, iż przyjęcie odbywa się w najwyższej sali balowej zamku. Z niemałym trudem wdarliśmy się po schodach i wkroczyliśmy do sali. Ujżeliśmy pięknie przystrojoną sale balową, choć jak przyjaciel uprzedzał było to dość kameralne. Szybko zapoznałem moją Toważyszkę z wsystkimi obecnymi i nim się obejżałem swoboda wypowiedzi wdarła się między uczestników więc zabawa zmierzała w dobrym kierunku. Gość w dom bóg w dom powiadają, dlatego też gospodaż serwował dania jak i różnorakiego rodzaju trunki. Niektore były wyśmienite inne jak mniemam na celu miały mieszanie w głowie, ale wszystkie były rozchwytywane. Gdy wszyscy przełamail już pierwsze lody(w dosłownym tłumaczeniu byli podchmieleni), zabawe umilał nam bajarz. Snuł historie niestworzone lecz pasjonujące i pełne kolorów. Jako, iż był to bal niemogło zabraknąć tańca towarzyskiego. Poprosiłem orkiestre o jakiś wolny utwór i zaprosiłem mą Ukochaną do tańca. Chwila zamrła, wszystkie me myśli beyły skierowane teraz w jedną strone, mej Ukochaniej. Nic się nie liczyło, cały świat przestał istnieć, zaprawde powiadam wspaniałe uczucie. Zbliżała się godzina końca i początku. Wiele osób przeszło z izby na rynek wiejski, aby móc razem ze
słóżbą świętować. Jedynie 3 pary zostały na sali. Postanowiliśmy podziwiać efekt mozolnej pracy magów, zmuszonych niewolniczo do umilenia końca i początku pokazem ognistych języków na niebie, wychodząc na dach izby. Widok był zapierający dech w piersiach. Tradycyjnie złożyliśmy między sobą życzenia, lecz jedne płyneły z serca... jedne i do Jednej.... Tak zakończyliśmy stary rok. Czas było rozpocząć nowy. Powróciliśmy na sale balową tańczyliśmy mało, lecz nieustannie byliśmy razem z moją Ukochana. Czas, miejsce, nic innego się nie liczyło. Na wspolnej rozmowie mineła Nam cała noworoczna noc. Niestety wszystko co dobre i piękne ma swój koniec i początek, jak to powiedział stary mistrz Yoda. Powróciliśmy do własnych domostw. Przy przekraczaniu bramy ujżałem Rokiego zaspanego i ledwo żywego, wywnioskowałem, iż on też nie próżnował tej nocy i nie budziłem juz go. Przed położeniem się do łoża w celu zregenerowania sił, skożystałem z dobrodziejstw cywilizacji i zająłem miejsce pod domowym wodospadem. Noc była iście szalona, teraz już wypoczęty spisuje to dla przyszłych władców krain zieleni...