poniedziałek, lipca 17, 2006

Średniowiecze wita...

Dzień przywitał mnie brutalnie.Moja starszyzna postanowiła pojechać na wakacje(taka nowa moda) i zostawić mnie samego w domu. Nie mogłem zostac bez grosza przy duszy, więc poprosiłem o tajny kod do skarbca rodzinnego, w którym chowane są cenne fundusze.Podstawą dobrze spędzonego dnia jest syte śniadanie, więc bez niego nie mogłem sobie pozwolić na egzystencje.Poszedłem po świerze mleko i prażone płatki kukurydziane, którymi postanowiłem rozpocząć dzień. Po sniadaniu doszedłem do wniosku, że jest godzina 1030(sugerujac się cieniem i słońcem). Wyszedłem na podwórze i spotkałem starego rycerza z łopatą i słomianym hełmem herbowym. Spytałem się tegoż to ziomka, czy nie potrzebuje pomocy. Ziomek przytaknął.
Prowadził mnie krętymi ścierzkami i buszem przez polany i skupiska drzew. Pokazał mi miejsce, z kótrego mam czerpać ziemię i nościć, przy pomocy skąplikowanego urządzenia(on jest pionierm) w pewne miejsce. Urządzenie zwało się futurystycznie "taczki". Za pomocą łopaty i taczek przetransportowałem jakies 200kg ziemi w pewne odległe miejsce, w którym stary rycerz postanowił urządzić swoją altanke otoczoną kwiatami. Gdy już skończyłem, tę wymagającą krzepy i trzeźwości umysłu czynność, stary rycerz pojawił sie znów. Powiedział, iż dach nad kurnikiem(nie widze odpowiednika w średniowieczu ;) ) wymaga naprawy.
Gdy podczas moich wnikliwych oględzin ujżałem usterkę doszło do mnie, że potrzeba tu będzie specjalistycznego sprzętu, więc udałem się do jamy roboczej po młotek i gwoździe. Powróciwszy na miejsce napraw doznałem szoku- brak mi budulca. Nie popadając w skrajności, powędrowałem w strone lasu, szukając odpowiedniego drzewa, którego mogłbym użyć do wykończenia ubytku w dachu budynku. Miałem wszystko, mogłem przystąpić do pracy...
Jak to zwykle bywa u laika, moj mały średniowieczny umysł doznał szoku, w momęcie w którym doszło do mnie, iz moje golenie są za krótkie aby dostać na tak ogromną wysokość. Musiałem szybko i bez ogródek zmodernizować mój plan. Moja błyskotliwa natura szybko pokonała problem. Podczas poszukiwań budulca w lesie, zapobiegawczo zabrałem go więcej, więc miałem spory zapas materiałów. Zbiłem kilka dewien razem i powstała pewna rzecz, którą nazwałem drabina, na cześć ciotki Drabinki, która jest olbrzymką. Nie tracąc zbędnie cennego czasu odpędziłem rumaka, który zwie się Roki, zdala od miejsca przeprowadzanych przezemnie czynności naprawczych, gdyż miejsce to było niebezpieczne i w każdej chwili mogło mu się coś stać. Wierny rumak ułożył się w bezpiecznej odległosci, lecz nie spuszczał mnie ze swych oczu. Zaopatrzony w potrzebny sprzęt wspiąłem się na ogromną wysokość ponad ziemię i przystąpiłem do napraw. Czynności te trwały dość długo. Zwarzając na cień i położenie słońca,
wnioskuje, iż moje naprawy zakończyłem w okolicach 1234. Pojawił się znów stary rycerz, który żekł słowami otuchy, że jest dobrze. Wracając do Zamczyska musiałem przedostać się przez chaszcze i zarośla,przez które dzielnie się przedarłem. W zamkowej kuchni czekał na mnie suto zastawiony stół, w wykwintne dania, na wyrafinowane podniebienie. Nie czekając długo, zanużyłem swe rece w studni w celu obmycia ich z wszelkiego brudu i przystąpiłem do konsumpcji. Wierny rumak lezał pod stołem liżąc mnie po nogach (blee). Tak oto zakończyłem pierwsza połowe dnia. Strawa została dobrze przyjęta w moim żołądku, odczułem to siedząc w własnej komnacie przy nikłym świetle świecy i ekranu komputera. Wymieniając listy na piekielnej maszynie, doszedłem do porozumienia z Niewiastą, dzięki czemu mogłem po trudzie poranka, spędzić odprężające chwile w jeziorze w toważystwie Kobiety. Pozostał w mej mysli jeden malkamęt, jak dotrzeć na miejsce, które niechlubnie było oddalone od mej posesji o 30 minut jazdy konnej. Mój dzielny rumak nie pomógł mi, gdyż spędzał w cieniu jabłoni upojne chwile wygryzając pasożyty z własnej sierści. Musiałem szukać innego sposobu, na dostanie się na czas w miejsce umowionego spotkania. Środka transportu musiałem szukać gdzie indziej. Z pomocą przyszedł mi nadjeżdżający po sąsiednim gościncu powóz. Po krótkich, lecz bóżliwych namowach, przystał na mą, jakże chojną propozycje dwóch złotych monet za transport w wyznaczone miejsce spotkania. Nie zwlekając ani chwili dłóżej, chwyciłem szmate, która miała wytrzeć me mokre ciało po kompieli, włożyłem ją do torby ze skóry niedźwiedziej, którą posiadam od wyprawy na dalekie krańce naszego świata. Zajałem miejsce w wozie, aby dobrze widzieć drogę, którą jedziemy, aby przyadkiem woźnica nie skręcił w złym miejscu, przez co moglismy wpasc w zasadzkę urządzoną przez grasującą w pobliżu bande złych rycerzy w czarnych zbrojach przyzdobionych paskami, zwanymi bądą karków. Po drodze, zabralismy kilku ziomków, jak mniemam wracali z połowu ryb, gdyż odór z ich strony był niesamowity. Po wyczerpującej jeździe, zbliżalismy się ubłaganie do celu mej podróży tym powozem. Wysiadając żeknąłem do woźnicy, aby uważał na swój powóz, jak nakazuje kultura pozdrowiłem go i życzyłem szerokiej drogi. Powóz ruszył i w tępie oddalił się za zakrętem gościnca. Zostałem na nim całkiem sam jak palec na ręce olbzyma, który stracił 4pozostałe członki podczas utarczki z wilkami. Gdy moje oczy zaczeły rozglądać się w poszukiwaniu, mej toważyszki kompieli patrząc przez lewe ramie ujżałem Niewiaste piękną jak anioł idącą w mym kierunku. Przez mą głowe przemkneły myśli z szybkością pędzącego polaną wolnego rumaka. Podeszła do mnie i oznajmiła wieść straszną i okropną, jezioro wyschło pod wpływem suszy, która panowała już od dłoższego czasu. Patrząc na Tę piękną niewiaste nie potrafiłem być zły z tego powodu. Nie tracąc cennego czasu, podjelismy decyzje, idziemy do karczmy na zimne piwo. Ruszylismy w strone najbliższego miejsca postoju dyliżansów. W trakcie wędrówki spotkalismy chłopa, który wracał z pola jadąc na ośle. Zapewne chciał zapewnić rodzinie świeżą porcje witamin, zawartych w marchwi, dzieki czemu mogł uchronić ich od szkorbutu(lecz nie wiem dlaczego, gdyż do bezkresnej wody droga daleka, a chłopi nie podróżują tak daleko aby móc to zobaczyć). Minął nas, lecz przez grzeczność nie spojżał w naszym kierunku. Z prawej strony patrząc od wschodu , zza knieji wyjechał na gościniec powóz, który o ile się nie myle(co zdaża się naprawde żadko, gdyż ostatnia osoba która udowodniła mi błąd, sprawdziła czy poziom wody w mej studni głębinowej jest wystarczający-ułatwiły jej to głazy zaszyte w brzuchu), był powozem trupy błaznów szlachcica władającego na tej ziemi, wnioskuję tak, gdyż z środka wydostawały się na wszystkie strony, niczym języki ognia z paleniska, dźwięki jakże zabawnej wiejskiej pieśni o miłości. Szybko odjechali i znów żywej duszy nie było w pobliżu, prócz mnie i mej toważyszki. Sądząc po prędkości z jaką porusza się ten dysk zwany ziemią i prędkości jaką osiąga słońce, doszedłem do wniosku, iż czas naszego oczekiwania na dyliżans nie przekroczył 10 minut z granicą błędu 30sekund w tą lub drugą stronę na osi czasu. Powóz nadjechał, woźnica zarządał 2 złotych monet odemnie i od Niewiasty. Przytaknelismy na jego rządania, gdyż wiedzieliśmy, że droga przed nami daleka, a innego wyjścia nie mamy. Zajeliśmy miejsca w środku, aby schronić się przed promieniami słońca, które nieubłaganie pażyło naszą skóre. Prócz nas w wozie znajdowały się jedynie 2 osoby, płci pięknej, lecz zapewnie chłopki sądząc po zachowaniu i ubiorze. Moje wnikliwe obserwacje pokazały, iż jedna z nich musiała doznać urazu w dziecinstwie, bądź usiąść w polu na mrowisku, gdyż niemogła znaleźć sobie miejsca i wędrowała z jednego na drugie. Gdy zajeła miejsce przed nami chyba dotarło do niej przed kim siedzi, przez co szybko przesiadła się na druga strone powozu. Mijaliśmy wsie, lecz poczucie czasu nie było uciążliwe, gdyż mimo wszystko umilała nam go rozmowa. W taki sposób dojechaliśmy do wsi zwanej kryspinów, w której dwie chłopki wsiadły, zadając iście smieszne i świadczące o ich niskim wykształceniu pytanie czy ten wóz jedzie przez miejsce potocznie zwana salwator. Woźnica, zachwoując kulturę przytaknął i zarządał takiej samej kwoty jak od nas za przejazd. Podążaliśmy dalej przedzierając się przez knieje niezbadanego lasu, co doprowadziło nas do Hrabstwa Bielany, które należy do mego rodu. Tylko przez skromność uznałem, iż należy pokazać mej toważyszce gdzie mieści się mój zamek. Woźnica jechał dalej nie zmieniając tempa i dojechał do końca bielan, gdzie wsiadło jak mniemam 3 jego ziomków. Powitli się weseląc. Zajeli miejsca blisko nas lecz na tyle dalego, abyśmy mogli mowić bez ogródek to co myslimy, a oni nas nie podsłuchiwali. Cel naszej podróży zbliżał się, aż w koncu przekroczyliśmy granice wśi kraków. Cały czas zastanawia mnie dlaczego karczmy w tej wsi mają taką popularność i mogą przyjmować gości z całego wielkiego i niezbadanego świata. Po drodze woźnica, zatrzymywał sie, aby chłopki miały bliską drogę na targowisko. Nasz przystanek był ostatni. Wysiedliśmy pozdrawiając woźnice, w bliskim sąsiedztwie targowiska, znanego pod nazwą kleparz. Jako obyty w zwyczajach tego miasta i znający drogę do najleprzych karczm we wsi, prowadziłem toważyszke krętymi ścieżkami, pomiędzy domami mieszczan i chłopów. Droga nie była daleka przez co nie trwało to długo, aż znaleźliśmy miejsce do gawędy. Poszedłem po trunek jak nakazuje dobre wychowanie. Niestety ku memu wielkiemu rozczarowaniu, trunku zabrakło, przez co musielismy zmienic lokal na inny. Bog pozwolił i zasiedliśmy w miejscu zwanym sesją, tóż obok lochów w których początkowo mieliśmy spędzić upojne chwile pijąc wyśmienity browar i gawędząc. Zakupilismy trunki i udaliśmy się na poddasze, wiedząc, że miejsce do rozmów z damą tam najleprze. Spoczeliśmy, zrzucając z naszych pleców torby ze skóry wypchane rzeczami przydatnymi nad kąpieliskiem. Usiedliśmy na miejscu najleprzym w tamtych progach, gdyż było wyłożone futrem dzika. Nasza rozmowa trwała dość długo i była ogromnie interesująca. poruszaliśmy ogólnie wszystkie możliwe tematy, a ku memu ździwieniu nikt nie przyszedł na poddasze i karczma była pusta, jedynie karczmiarka na dole pilnowała swych pieniędzy i aby telepudełko grało z odpowiednią głośnością. Niespokojne zachowanie ptakow świadczyło, iż dzień chyli się ku końcowi i ma nastać mrok za niedługo. Ptaki szukały bezpiecznego miejsca spoczynku, my powoli dopijaliśmy wyśmienite trunki, które podała nam karczmiarka. Wyszliśmy z karczmy o takim czasie, aby bez przeszkód zdązyć na powóz, który zapewniał nam powrót do domu przed zapadnięciem zmroku. Podążaliśmy w strone głównego placu chandlowego, czyli rynku gównego. Cały czas nie ustawała rozmowa między nami. Mijając rynek, zostawiliśmy też inne miejsca przez które powinniśmy podązyc za nami. Doszliśmy do gościnca przy, przy którym czekaliśmy na dyliżans. Czekając dojżeliśmy oswojonego wilka przewijającego się pomiędzy licznymi chłopami, chłopkami, mieszczanami i mieszczankami stojącymi i czekającymi na odpowiedni powóz, który zapewniał im transport do pobliskiej wsi. Nasz nie nadjechał pierwszy lecz był najleprzy pod względem koni jakie nas ciągnęły(uzembienie godne czępionów) i woźnicy, którego uzębienia nie spostrzegłem(nie miał?). Zajeliśmy dogodne miejsce i podążyliśmy w drogę powrotną. W drodze, widać było, że moja Toważyszka odczuwa zmęczenie dzisiejszym dniem, gdyż nażekała że dyliżans jedzie okrężną drogą. Gdy dojechałem na miejsce jak nakazuje kultura pożegnałem ją i wysiadłem z wozu pozdrawiając woźnice. Patrzyłem przez chwile, jak odjeżdża moja dzisiejsza kompanka w dyliżansie. Doszedłem juz do mego zamku pieszo, po gościncu tak zadbanym jak w żadnym innym miejscu, gdyż to ja jestem tu panem i dbam aby droga była najleprza. Mój dzielny i wierny rumak przywitał mnie już przy samej bramie granicznej. Następnie spotkałem w drodze do środka starego rycerza, który miał dla mnie nowe zadanie. Wielodniowa susza, odcisneła swe piętno na kwiatkach, które powoli z braku dostępu do źródła wody zaczeły schnąć. Moja misja nie była trudna z założenia, lecz niestety taką się stała. W moją rekę wziąłem wiadro pełne wody i zacząłem poić niczym konią, kwiaty wodą. Gdy me zadanie wykonałem w całości, udałem się na strawe wieczorną. Przyżadziłem sobie pieczeń, którą zjadłem ze świerzym chlebem i serem prosto od krowy(tak było napisane na opakowaniu, w które chłopki pakują sery). Po zjedzeniu wieczornego posiłku, zdiąłem z siebie zbroje i zasiadłem w mej komnacie przy świecy i szklance
dobrego świerzego soku, aby spisać me doświadczenia dzisiejsze.

3 Comments:

Anonymous Anonimowy said...

Miałeś niezwykle fascynujący dzień mój Panie. Jeszcze gotowam pomyśleć, iż ta niewiasta, która towarzyszyła Ci przez połowę dnia... to ja. Ale czyż to możliwe? :)
Ale wnioskuje, iż mimo wszelkich przeszkód jakie Ci towarzyszyły (wyschnięte jezioro, braku trunku;p) dzień ten nie należał do straconych i z wszelkimi przeciwnościami poradziłeś sobie znakomicie.
Liczę, iż w przyszłości pojawią się tu dalsze Twe losy..
Ps. Dziękuję za wspaniale spędzony dzień :)

10:27 AM  
Anonymous Anonimowy said...

Zastanawiam się czy jeszcze wchodzisz na tą stronę,
Ja często staram się tu zaglądać w poszukiwaniu czegoś nowego
Ale zawsze czytam ten tekst, potrafi tak poruszyć w sercu...
Wiesz chyba o czym mówię... :*

8:03 PM  
Anonymous Anonimowy said...

to powyrzej to nie anonymous ;p tylko Twoja towarzyszka i mam nadzieję, że całego życia..

8:05 PM  

Prześlij komentarz

<< Home