wtorek, września 30, 2008









wtorek, lipca 22, 2008

Husky

Stary nieskończony obrazek:


wtorek, września 11, 2007

Przygoda Zakochanych...


Wraz z pierwszym promieniem słońca, młody wojownik wyszedł przywitać nowy dzień. To był ten poranek na który czekał z utęsknieniem od niepamiętnych czasów. Dziś mógł bez najmniejszych przeciwności odłożyć broń i stanąć twarzą w twarz z zupełnie nowym światem. Stojąc na bezkresnej polanie pokrytej zielonym płaszczem trawy spoglądał w kierunku wschodzącego słońca i rozmyślał o przyszłości i o tym co go czeka dziś, jak i przez następne kilka poranków, a czekało go wiele. Postanowił zerwać z ogólnie panującą moda na polowania i wybrać się w podróż za swoją ukochana. Cel był odległy od miejsca obozowiska o kilka dni podróży karetą. Wiedział, że czekająca go wyprawa będzie ciężka, ale był gotów znieść wszystkie niewygody i pokonać wszystkie przeciwności byle by tylko móc spędzić wspaniałe chwile w egzotycznej krainie wraz z najbliższą jego sercu Osobą.

Młody wojownik powrócił do swej izby aby począć ostatnie przygotowania przed momentem w którym słońce osiągnie najwyższy punkt na niebie, a on wraz z ukochaną, grupą grajków , trubadurów i wielu innych postaci mających zapewnić im komfort i wygodę, wsiądzie do karety i wyruszy w podróż. Musiał jeszcze przygotować swą garderobę na wyjazd, co było arcytrudnym zajęciem zważając na to, iż organizator zażyczył sobie aby każdy uczestnik nie miał przy sobie więcej jak 3 torby podręczne, 5 dużych bagaży i 2 sztuki broni. Gdyby nie pomoc specjalnie wykwalifikowanych służb pakujących, prawie pewnym jest, iż nie zdołałby spakować się tak aby zmieścić się w śmiesznych limitach organizatora. Ostatnią rzeczą jaka była w jego planach przed wyjazdem, było udanie się do skarbca, gdyż wiedział że poza granicami wioski nie można było płacić obozowym zwyczajem za pomocą specjalnie przygotowanych kawałków drewna. Postanowił zabrać ze sobą akceptowane wszędzie poza obozem błyszczące kamienie. On jak i jego wykształceni bracia z obozu, w którym mieszkał i również tego w którym mieszkała jego Ukochana wiedzieli, że te kamienie są bezwartościowe i żal było im opóźnionych mieszkańców krainy, w której za pokolorowane bezwartościowe w wyższych sferach kamienie ,można było wszystko. Początkowo zabrał ze sobą jedną pełną torbę tychże kamieni, lecz gdy uświadomił sobie, że jedzie z wybranką serca doszedł do wniosku, iż tak jedynie na wszelki wypadek weźmie ze sobą troszeczkę więcej funduszy i... dobrał 3 kolejne torby.

Zapakował wszystkie swoje bagaże na dach karety, którą jechał po swą Ukochaną do jej wioski, popędził woźnice i ruszył niebezpieczną drogą. Po kilkunastu chwilach był już na miejscu i w pierwszym momencie oniemiał z dwóch powodów. Po pierwsze zobaczył tak piękną Kobietę, z którą miał jechać na wakacje, a po drugie, zobaczył ogromną górę bagaży za nią. Wiedział, iż mogą być problemy z tymi odgórnymi ograniczeniami co do ilości bagażu więc musiał coś wymyślić, a czasu było coraz mniej gdyż słońce było coraz bliżej środka nieba. Młody wojownik stanął przed problemem, z którym jednak poradził sobie w błyskawicznym tempie dzięki sprytowi, który go cechował. Postanowił przechytrzyć organizatora, wiążąc górę chyba 15 bagaży Ukochanej, w 3 całości. Dawało mu to 3 ogromne bagaże, co prawda, wielkość nie uległa zmianie, lecz ilość będąca ogranicznikiem znacznie się zmniejszyła. Pogonił woźnice aby szybko i ostrożnie uwiązał bagaże do dachu karety. Jako, że czas gonił podróżnych musiało wystarczyć szybkie pożegnanie z rodziną, po którym gwałtownie ruszyliśmy w drogę, do miejsca spotkania. Młody wojownik, jak i jego Ukochana byli bardzo podekscytowani wyjazdem i widać było po ich oczach, że nie mogą się doczekać, aż wsiądą do super luksusowej karety i wyrusza w daleką podróż do egzotycznych krain. Woźnica wiedział, że gdy spóźni się na miejsce czeka go chłosta, więc wyciskał z siebie i z koni tyle ile się tylko dało. Gnali z oszałamiającą prędkością, przez co o mały włos uniknęli wypadku. Woźnica tak mocno się przeraził, że przez chwile stracił przytomność przy powozie, lecz szybki bat od razu postawił go na nogi. Wjechali do gęstego, ponurego lasu, środku którego widniało miejsce spotkania. Dzięki woźnicy byliśmy przed czasem i mogliśmy spokojnie rozładować karetę z naszych bagaży. Młody wojownik wiedział że mogą być problemy z rozładunkiem i załadunkiem, bez krzepkiego woźnicy, który nie jechał z nimi w podróż, więc posłał szybko po służbę, która miała im towarzyszyć przez całą drogę. Po krótkiej chwili oczekiwania nadjechała Limu-kareta, ze wszystkimi nowinkami technicznymi jakie kiedykolwiek człowiek bądź zwierze zamontował w karecie. Okazało się, że jedzie wiele więcej osób, lecz to był dobry znak, gdyż grajkowie, służba i tragarze zawsze są potrzebni. Organizator noszący dumne imię Katarzyna zdumiał się na widok naszych bagaży, lecz nie mógł nic zrobić, gdyż wszystko było regulaminowo i zatwierdzone własnoręcznym podpisem młodego wojownika. Szybko i bez większych problemów umieszczono bagaże, w specjalnym luku bagażowym i usadzono wojownika jaki jego Towarzyszkę serca w wygodnych miejscach. Wyruszyli z lekkim opóźnieniem gdyż czekano na dwóch służących, którzy zabłądzili w lesie szukając miejsca wyjazdu. Jako, iż kareta była nowa, więc jak przystało na nowe pojazdy pachniała świeżością. Z pewnością nie spodobało to się to służbie która widać, iż lubiła dobrze zjeść, gdyż od razu postanowili nadać wnętrzu karety jakże swojski zapach świeżo wędzonej kiełbasy i jaj. Tak więc młody wojownik i jego Ukochana wyruszyli w daleką podróż, w luksusowej, lekko swojsko pachnącej karecie, z sercami przepełnionymi miłością i faktem, że spędzą razem wspaniałe chwile i będą dla siebie przez całe noce i dnie, na co tak długo czekali.

Podążali drogą przez różne wioski, osady, przedziwnych kulturowo plemion, zatrzymywali się jedynie w bezpiecznych miejscach, gdyż czasy były niebezpieczne, a tubylcy miewali dziwne i nieco ekstrawaganckie upodobania, takie jak jedzenie przyjezdnych. Gnali dniem i nocą, pędzili tempem wiatru gnającego po polach, przekraczali granice kolejnych plemion, podziwiali wspaniałe widoki i próbowali tubylczych potraw, nie zastanawiając się co w nich jest. Wraz z kolejnymi godzinami i dniami spędzonymi w karecie zaczął doskwierać im brak wygody oraz dolegliwości płynące z braku ruchu. Tajemnicze zioła pomagały przetrwać im te ciężkie chwile, z którymi młody wojownik i Anioł jego serca dawali sobie dzielnie rade, nie pokazując chwil słabości. Cała podróż umilali im trubadurzy i służba. Gdy cel był coraz bliżej oglądali coraz to piękniejsze widoki, ogromne góry pokryte bujną egzotyczną roślinnością, przemierzane przez osobliwe zwierzęta. Nastała upragniona przez zakochanych chwila. Po wielu dniach wyczerpującej podróży w końcu dotarli na miejsce. U ich stóp stanęła przepiękna gościna, w której spędzić mieli najbliższe dni sami dla siebie ( nie wliczam w to służby gdyż oni traktowani są jako bagaż ). Organizator zaprowadziła ich do pokoju, który może nie przypominał siedzib z ich rodzinnych obozowisk, lecz był doskonałym przykładem egzotyki jaka ich czekała i do której jechali tak długo. Nie tracąc ani chwili wojownik i jego Miłość kazali służbie rozpakować ich bagaże, a sami wyruszyli na zwiedzenie tego osobliwego miejsca na ziemi. Poniżej gościny znajdującej się na ogromnej skarpie była plaża prowadząca do ogromnego oceanu. Aby zejść na tę plaże, musieli pokonać ogromną ilość schodów, które ciągnęły się na wysokość całej skarpy. Po chwili schodzenia znaleźli się na pięknej dziewiczej plaży, a gdy zobaczyli błękit wody wiedzieli, że spędzą tam wspaniałe chwile w nader pięknym otoczeniu egzotycznego miejsca w jakim się znaleźli. Zakochani postanowili odpocząć po tak bardzo męczącej podróży, a jako, że słońce było piękne, a niebo bezchmurne postanowili położyć się na tej dziewiczej plaży.

Gdy słońce chyliło się ku zachodowi postanowili udać się na posiłek, w gospodzie, w której się zatrzymali. Co prawda tubylcy mieli dość dziwne zwyczaje, np podawali zimne posiłki, ale mimo tego były dobre ( każdorazowo za podanie zimnego posiłku zostali chłostani w ramach kary, lecz niczego przez to się nie uczyli ). Wyczerpani podróżą udali się do izby, w której spędzili całą noc wypoczywając. Noce były ciepłe, jak i same dnie, lecz poranki przyprawiały młodego wojownika o drżenie z zimna, na szczęście była z nim Ukochana, która zawsze chętnie go ogrzewała. O świcie młody wojownik obudził najdroższą i udali się razem na sute śniadanie, które było podstawa dobrego dnia. Dzień spędzili wypoczywając na plaży, natomiast wieczorem udali się do pobliskiej osady z nadzieją zakupienia potrzebnych przedmiotów. Droga do osady prowadziła krętymi kamienistymi ścieżkami, stromym podejściem do góry. Gdy w końcu dotarli na miejsce, zobaczyli jak bardzo te dziewicze i egzotyczne krainy są zacofane i ograniczone inteligencja. Handel odbywał się na zasadzie pokazywania przedmiotów, gdyż w żadnym, nawet uniwersalnym języku nie można było się tu porozumieć. Tubylczy język polegał na zasadzie specyficznego ułożenia kolejno na przemian mlaśnięć i gwizdów, co dla przyjezdnych było dość zabawne, lecz na dłuższą metę męczące. Po udanych łowach udali się z powrotem do gospody i powróciliśmy do rytmu wakacyjnej utopi. Dni płynęły powoli a pogoda dopisywała, młody wojownik wraz ze swą Ukochana czuli się jak w raju. Nocami trubadurzy zabawiali ich a służba pełniła swoje obowiązki. Pewnego poranku zdecydowali się na pewną odmianę. Chcieli zobaczyć piękno pewnej antycznej osady, która po dziś dzień funkcjonuje. Pogonili zatem służbę i udali się w podróż do miejsca oddalonego od gospody o jakieś 2h drogi powozem. Organizator zapewniła im na miejscu doskonale mówiącego w nowym języku przewodnika, który oprowadził i pokazał wszystkie piękne miejsca. Niezwykła przygodą i doświadczeniem był spacer po murach obronnych które ciągnęły się przez dłuższą ich część po skałach. Piękne widoki zapierające dech w piersiach, wspaniała panorama tego antycznego miasta, to coś co utkwi zakochanym głęboko w pamięci. Po wspaniałych momentach zwiedzania młody wojownik wraz z Ukochaną poczuli dokuczliwy głód więc zapragnęli spróbować miejscowej kuchni. Zostali zaproszeni do pięknej karczmy, w której mimo iż czekało się bardzo długo, aż posiłek zostanie wydany, to jednak smak tegoż jedzenia był warty czasu oczekiwania. Dzień chylił się ku końcowi więc wyruszyli w drogę powrotną do gospody. W trakcie jazdy młody wojownik wraz z Ukochana zostali poczęstowani miejscowym przysmakiem, trunkiem który te plemiona przygotowują od lat. Po minie wojownika widać było, że trunek mu zasmakował i jak nie trudno się domyślić zrobił jego zapasy, aby częstować nim gości gdy wróci do swej rodzinnej wioski. Następne dni nie były tak łaskawe pod względem pogody dla podróżnych jak wcześniejsze, a że wygoda w gościnie nie była na najwyższym poziome pomimo służby stającej już na głowie byle by tylko zadowolić wczasowiczów, jedynym czynnikiem dzięki któremu mieli wciąż uśmiech na ustach był fakt iż byli razem. Nie nudzili się gdyż sam fakt iż są sami dla siebie sprawiał, że czas był dla nich piękny, mimo iż za oknem szalał tajfun. Tak długo czekali na chwile w których będą mogli być przy sobie tak blisko i odizolowani od świata, że nawet pogoda nie zdołała im zniszczyć piękna tych dni. Miłość sprawiała ze cały ten czas był dla nich błogosławieństwem, Po kilku kolejnych dniach spędzonych w pokoju, uznali iż dobrym rozwiązaniem będzie powrót do rodzimych ziem, gdyż pogoda nie działa dobrze na tubylców, którzy stali się dość agresywni. Faktem jest iż bali się młodego wojownika i agresja z ich strony nie była skierowana do niego bądź jego wybranki, lecz gdy wojownik zobaczył w jaki sposób walki wewnątrz plemienne się nasilały, postanowił nakłonić organizatora do powrotu. Ostatniego dnia kazał służbie spakować wszystkie rzeczy i udał się w raz z Ukochaną pożegnać tę egzotyczną krainę. Słońce nawet przedarło się przez chmury by ich pożegnać. Ostatni spacer wzdłuż plaży, ostatnie zakupy, ostatnie posiłki i czas wsiadać do karety. Woźnica jako, że znał już drogę skrócił czas podróży z kilku dni do dwóch. Większość czasu powrotu zakochani umilali sobie rozmową, i przeglądaniem wspaniałych pamiątek. Droga nie była już tak męcząca, gdyż cały ten czas, który mieli za sobą, ten fakt bliskości serc dawał im siłę i pozwalał zapomnieć o niewygodach. Gdy byli coraz bliżej okazało się, że deszczowa pogoda nawiedziła również ich rodzinne strony, gdyż rzeki wystąpiły z brzegów. Ich wspólny czas spędzony razem dobiegał końca a pożegnanie, mimo iż rozstawali się na krótko, było ono dla nich katorga. Wrócili pełni Miłości i z pewnością związani jeszcze mocniejszymi jej więzami.

sobota, lipca 21, 2007

"W życiu piękne są tylko chwile"


Długo myślałem jak zacząć to pisać, jakie klawisze wciskać aby litery układały się w słowa, a słowa pięknie w zdania, który choć w niewielkim stopniu postarają się wyrazić to co myślę i czuję. Dziś ważna data 21.07.2007r. W swoim życiu każdy ma jakieś ważniejsze okazje, dni, chwile o których trzeba pamiętać. Napisałem, iż dziś jest ważny dzień, lecz nie napisałem dlaczego. Dokładnie rok temu uwierzyłem na nowo pewne, moim zdaniem najważniejsze uczucie w życiu. Dokładnie rok temu na nowo otworzyłem siebie tak ważnej teraz dla mnie Osobie. Pozwoliłem Jej poznać mnie takiego jakim jestem naprawdę, a jakiego często siebie ukrywam. Dokładnie rok temu zaznałem prawdziwego szczęścia które trwa nieprzerwanie cały czas. Często mówi się o tym, że prawdziwą Miłość znajduje człowiek wtedy gdy człowiek praktycznie pływa w szczęściu. Zmienię to stwierdzenie, gdyż człowiek prawdziwą Miłość znajduje dopiero wtedy gdy wie, że bez drugiej Osoby jego życie nie ma sensu, gdyż odnalazł siebie w Jej oczach. Wiem, że ja nie umiał bym już żyć inaczej... Bez Ciebie :*

niedziela, lutego 04, 2007

Nie tylko hoinka pisze...

Również i mi przypadł zaszczyt spisywania w tym miejscu swych dziejów.
O czym pisać...? od czego zacząć..? długo myślałam po tym jak gołąb pocztowy przyniósł mi wiadomość od mego Ukochanego z prośbą o zapisanie w Jego magicznym dzienniku kilku zdań. Ale ten pierwszy (kto wie może nie ostatni) wpis chciałam poświęcić na spisanie dnia w którym świętowaliśmy kolejne Nasze "małe święto"...W więc...była to niedziela...tego dnia obudziła mnie matka mówiąc, iż już późna godzina i panienka w moim wieku nie powinna już tak długo wylegiwać się w łóżku. Spojrzałam przez okno pogoda nie dopisywała...było szaro i pochmurno...zaczęłam się martwić co z dzisiejszym planami...dlatego też leżąc jeszcze w mym łożu napisałam list do mego Ukochanego...Szybko otrzymałam odpowiedź. Będąc jeszcze w bieliźnie nocnej usłyszałam gołębia, który usadowił się za oknem. Nie bacząc na mój strój wybiegłam na balkon. Po przeczytaniu listu nie wiele wiedziałam na temat dzisiejszego dnia ( jak zawsze w takich chwilach jest strasznie tajemniczy i przyznam, iż zawsze sprawia mi bardzo przyjemną niespodziankę) ale Ukochany zapewnił mnie, że nie mam powodów do obaw, gdyż on przewidział taki stan pogody. Z tą myślą postanowiłam przygotować się do uroczystego obiadu i spotkania z Ukochanym. Popołudnie spędziłam w miłym towarzystwie ale nie mogę tego porównać z chwilą, gdy ujrzałam mego Towarzysza. Wieczór spędziliśmy wyjątkowo...zaprosił mnie w magiczne miejsce, gdzie na ścianie pokazywano nam ruchome obrazki ( przyznam, iż było to bardzo ekscytującej ). Po tym niezwykłym pokazie poszliśmy do małej, ale przytulnej gospody. Czas jak zawsze płynął nieubłaganie szybko, dlatego musieliśmy wracać do swych zamków. Na pożegnanie Ukochany ofiarował mi niezwykły prezent, który ma za zadanie ochraniać mnie przed wszelakim złem, gdy Jego nie będzie w pobliżu. I tak oto pożegnaliśmy się i każdy z Nas wrócił do swojego zamku...

piątek, stycznia 19, 2007

Bezsenność....

Na moim zegarze słonecznym(choć faktem jest, iż powinienem nazwać go bardziej księżycowym), widnieje godzina 4 z minutami. Nie sugerujcie się czasem dodania tego listu do gabloty, gdyż jest on uzależniony od mego dostępu do szerokopasmowej rzeki, do której dostępu broni wielki zły i groźny ogr(aż strach pomyśleć, że należy do mej rodziny, adopcja czy co?). Jak już to ująłem na początku w tym momencie jest barbarzyńska godzina, szczególne gdy fakt, iż jest środek przerwy zimowej nie jest nam obcy. Czy ja napisałem zimowej? Może jedynie z nazwy. Za oknem lasy wciąż nie są okryte białym futrem, a temperatura pozwala koniom normalnie załatwiać swoje potrzeby fizjologiczne na dworze. Dzisiejsza noc, jak na tą porę roku była szczególna. W moim długim jak sznur kata życiu, nigdy w styczniu nie widziałem burzy z piorunami, w towarzystwie wiatru dorównującemu swą prędkością wszystkim najszybszym rumakom z mej stajni(220km\h). To przepiękne widowisko pozostawiło coś po sobie do tej pory, gdyż nadal dyma wiatrem.
Ale czas zakończyć tą meteorologiczna paplaninę, gdyż można się komuś narazić, a ja nie lubię spacerować w deszczu.
Wróćmy do czasu. Zapewne nie jest normalnym, że człowiek(nawet taki jak ja) wstaje o godzinie barbarzyńców i co ciekawe nie odczuwa potrzeby dalszego snu. Gdy tylko sięgnę pamięcią w przeszłość pamiętam fakt, iż nigdy niebyła w mej naturze, jako para godzina barbarzyńska wraz z wyspaniem. Muszę dopisać, że to nie jest pierwszy dzień, w którym tak mam. Dzisiejszej nocy spróbuje specyfików nasennych, z wyciągu kwiatów, po które muszę odbyć ciężką i niebezpieczną wyprawę w głąb lasu, bądź nawet odpowiedniej będzie gdy nazwę to miejsce dżunglą. Tą wyprawę mogę przypłacić życiem, lecz sen jest tego wart, bo nie mogę umierać ze zmęczenia w zamku mej Lubej. Łowy czas zacząć, a Wy cieszcie się spokojnym snem...

poniedziałek, stycznia 01, 2007

Pijanego sylwestra...

Stało się, otwarte oczy i myśli sylwestrowo-noworoczne. I mamy pierwszy stycznia 2007r, ale wszystko od początku...
Gdy nastał czas, dnia poprzedniego i na mym słonecznokwantowym zegarze, który jest zapewne
wynalazkiem jakiegoś wielkiego szaleńca z ogromnym darem tworzenia przydatnych i bardzo konkretnych wynalazków, wybiła godzina 1030. Oczy mojej twarzy zmyły płaszcz snu z mego
umysłu i mogłem zacząć nowy dzień jak przystało na średniowiecznego człowieka doby XXI
wieku. Dzień przywitał mnie skromnie swędzeniem w lewym uchu i świergotaniem egzotycznego pawia karłowatego, który był niezwykle okazałym i trafnym prezentem na któreś me święto.
Wstałem z mego łoża nie bez trudów, ale z niezwykłą chęcią przywitania go wiadomością do mej
Lubej. Gdy tylko rozsunąłem zasłony w oknach, dostrzegłem białe pierze na parapecie.
Wiedziałem już, że to wiadomość od Niej, jedynie gołąb pocztowy tak się roztył, że nie
mieści się w specjalnie przygotowanym oknie dla niego i próbował dostać się przez okno
widokowe. Wielkie na 3 metry, a szerokie na 5(co prawda obawiam się, że z pokonaniem takiej
przeszkody jak gabaryty tego okna przy jego własnych mogłoby okazać sie nie do przejścia).
Uchyliłem lekko skrzydło i skierowałem wzrok na ziemię. Leżał tam kwiląc spasiony niczym
słoń ze skrzydłami i pierzem gołąb. Pośpiesznie zbiegłem po schodach i wbiegłem do ogrodu
jeszcze stąpając boso, aby tylko zabrać od niego wiadomość od mej Ukochanej. Niestety
napotkałem nie lada trudności z odwróceniem go na bok, w taki sposób abym mógł bez problemów odebrać list. Już dla mnie było jasne-od dziś przechodzi na dietę, gdyż arcytrudno było go przeturlikać. Jestem pewien, że to nie wywołało u niego oznak szczególnego entuzjazmu gdyż chciał mnie dziobnąć w momęcie, w którym przywiązywałem go do maszyny dźwigowej(Stary rycerz potrafi jeszcze wymyślać przydatne machiny) i przyznam otwarcie, że gdyby nie ta machina nie potrafiłbym odebrać listu od mej Ukochanej.Jako, iż dzień był ponury, a ja jeszcze nieubrany postanowiłem powrócić do izby aby zmienić odzienie i wejść pod szumiący wodospad płynący ze ściany(te luksusy, na które stać tylko osoby zdolne do opłacenia magów czarujących dom). W mojej głowie zrodziła się myśl, iż dziś nie może być zwykły dzień, gdyż na mieczu miałem zawiązany supełek(dziwie się temu zwyczajowi wiązania supełków-co z tego, że go zawiąże jeśli niebęde miał pojęcia o czym mi ma przypomnieć?). Zjadłem sute śniadanie i przez praktycznie połowe dnia zachodziłem w głowe, o czym zapomiałem. Dopiero rozmowa przez zaczarowaną kulę z mą ważniejszą połówką serca dała mi do zrozumienia, że dziś jest pamientny dzień końca roku i trzeba godnie pożegnać ten mijający wiek. Niewiele myśląc
chwyciłem za gołebia pocztowego i napisałem list do władcy sąsiedniej posesji czy nie robi jakiegoś balu z tej okazji. Jego odpowiedź była błyskawiczna(myślę, że to za sprawą sokołów, gdyż moj przyjaciel był właśnie na polowaniu). Okazało się, że urządza bal ale kameralny więc nie ma najmniejszego problemu abym przyszedł. Parobki z wioski będącej w moim posiadaniu zaczeli wcześnie obchodzić to świeto. Brutale, słońce nie przekroczyło lini godziny 18, a w około słychać było wybuchy kolorowych kulek. Piszę, że brutale ponieważ straszyli tym mego dzielnego toważysza Rokiego vel Kudłacz, który mimo wolnie wczołgał się pod powóz i nie miał ochoty spod niego wyjść. Wiele mój powożacy musiał się namęczyć, aby go z tamtąd wyciągnąć i wprowadzić do izby, aby mógł być przy domownikach, co jak miałem nadzieje uspokoji go trochę. Czas biegł nieubłaganie, więc musieliśmy z moim powożącym pospieszyć konie (mechaniczne), które pędziły i tak już dość szybko po krętych gościńcach w ciemnym lesie. Gdy znalazłem się pod domem mej Lubej, dałem jej telepatycznie znak, że może wychodzić, gdyż powóz czeka. Moja Ukochana olśniewająco piękna, stąpała w stronę powozu pełna gracji i elegencji. Wyszedłem przed Nią, aby moc ucałować Ją na powitanie. Jechaliśmy jeszcze szybciej, ale też ostrożniej ze względu na pasażerkę. Po niecałym obrocie klepsydry(ciemność spowiła już ten płaski jak tależ świat, a słońce usneło, efektem czego był brak zasilania dla słonecznokwantowego zegarka recznego), byliśmy już na miejscu. Pewien podwładny mego przyjaciela dostarczył mi informacje, iż przyjęcie odbywa się w najwyższej sali balowej zamku. Z niemałym trudem wdarliśmy się po schodach i wkroczyliśmy do sali. Ujżeliśmy pięknie przystrojoną sale balową, choć jak przyjaciel uprzedzał było to dość kameralne. Szybko zapoznałem moją Toważyszkę z wsystkimi obecnymi i nim się obejżałem swoboda wypowiedzi wdarła się między uczestników więc zabawa zmierzała w dobrym kierunku. Gość w dom bóg w dom powiadają, dlatego też gospodaż serwował dania jak i różnorakiego rodzaju trunki. Niektore były wyśmienite inne jak mniemam na celu miały mieszanie w głowie, ale wszystkie były rozchwytywane. Gdy wszyscy przełamail już pierwsze lody(w dosłownym tłumaczeniu byli podchmieleni), zabawe umilał nam bajarz. Snuł historie niestworzone lecz pasjonujące i pełne kolorów. Jako, iż był to bal niemogło zabraknąć tańca towarzyskiego. Poprosiłem orkiestre o jakiś wolny utwór i zaprosiłem mą Ukochaną do tańca. Chwila zamrła, wszystkie me myśli beyły skierowane teraz w jedną strone, mej Ukochaniej. Nic się nie liczyło, cały świat przestał istnieć, zaprawde powiadam wspaniałe uczucie. Zbliżała się godzina końca i początku. Wiele osób przeszło z izby na rynek wiejski, aby móc razem ze
słóżbą świętować. Jedynie 3 pary zostały na sali. Postanowiliśmy podziwiać efekt mozolnej pracy magów, zmuszonych niewolniczo do umilenia końca i początku pokazem ognistych języków na niebie, wychodząc na dach izby. Widok był zapierający dech w piersiach. Tradycyjnie złożyliśmy między sobą życzenia, lecz jedne płyneły z serca... jedne i do Jednej.... Tak zakończyliśmy stary rok. Czas było rozpocząć nowy. Powróciliśmy na sale balową tańczyliśmy mało, lecz nieustannie byliśmy razem z moją Ukochana. Czas, miejsce, nic innego się nie liczyło. Na wspolnej rozmowie mineła Nam cała noworoczna noc. Niestety wszystko co dobre i piękne ma swój koniec i początek, jak to powiedział stary mistrz Yoda. Powróciliśmy do własnych domostw. Przy przekraczaniu bramy ujżałem Rokiego zaspanego i ledwo żywego, wywnioskowałem, iż on też nie próżnował tej nocy i nie budziłem juz go. Przed położeniem się do łoża w celu zregenerowania sił, skożystałem z dobrodziejstw cywilizacji i zająłem miejsce pod domowym wodospadem. Noc była iście szalona, teraz już wypoczęty spisuje to dla przyszłych władców krain zieleni...